10 grudnia 2018
W drodze do nieba PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   

W drodze do nieba... (12 VI)

 

Słowa Ewangelii nie pozostawiają złudzeń co do zasadniczości Chrystusowego powołania. ?Albo Ja, albo twoi najbliżsi?. Słowa te wydają się być nieludzkie? Musiał te słowa mieć w sercu Jan Oprządek, który do furty klasztornej zapukał dopiero w wieku 28 lat, gdy pogrzebał swą matkę. Do wcześniejszego pójścia do klasztoru stanęła na przeszkodzie rodzina, a ściślej ? miłość do matki i brata. Tak sam napisał w podaniu do Zakonu Braci Mniejszych: ?Żyjąca matka, a także chory brat, byli przeszkodą w wypełnieniu tego zamiaru?, który Jan nosił w sercu od dawna. Nie potrafił pozostawić własnemu losowi matki ? staruszki, a także nieuleczalnie chorego brata. Czyżby przedkładał miłość do matki nad miłość do Chrystusa?

Jan Oprządek dobrze zrozumiał słowa Jezusa. Nie wyręczył się ?korbanem? (por. Mk 7,11). Kochał swą matkę i brata nie bardziej od Jezusa, lecz na miarę Dekalogu. Dał świadectwo, że najpierw należy być dobrym człowiekiem, by można było zostać doskonałym zakonnikiem.

Pochodził z rodziny wielodzietnej. Urodził się w Kościelcu koło Chrzanowa, w 1884 r. Jego droga życiowa zakończyła się w ciężarówce 18 maja 1942 roku. Całe jego życie było podróżą. Jako brat zakonny, br. Marcin ? bo takie otrzymał Jan imię w zakonie ? był przenoszony z klasztoru do klasztoru: Kraków, Wieliczka, Sądowa Wiśnia? A potem, zmilitaryzowany przez austriackiego cesarza, powędrował przez koszary i pola walki pierwszej wojny światowej: Kraków, Kraśnik, Lublin. Po ziemi polskiej i włoskiej wiódł go Pan bez większej szkody. Stracił jedynie palec u lewej ręki. Oddał cesarzowi, co cesarskie. Panu oddał całego siebie.

Zakonni kronikarze nie zapisali, kiedy wrócił Marcin z wojny do klasztoru. Nie osiadł na stałe. Ponownie udał się w drogę. W życiową podróż ? do Krakowa, Włocławka, Wieliczki, Przemyśla, Konina, Brzezin koło Łodzi, Lwowa, Kazimierza Dolnego, i na koniec po raz kolejny do Włocławka. Stąd, w sierpniu 1940 r., zabrali go Niemcy do Sachsenhausen. Przeżył. Następnie przewieziono br. Marcina do Dachau. Tu zgłosił się dobrowolnie do ?transportu inwalidów?, wszak nie miał palca? Był 18 maja 1942 roku.

Po latach tak opisano tę ostatnią podróż, podróż do nieba: ?Nadchodzi cudowne południe majowe. Za pół godziny muszą stanąć na placu apelowym. Otaczamy ich zwartym pierścieniem. Padają ostatnie słowa. Ciche, bo coś trzyma za krtań. Z placu apelowego dochodzi głos ochrypłej syreny. Czas na nas. Czas? I jeszcze ostatnie uściski dłoni, ostatnie kapłańskie ucałowania? Odchodzą? Idą w ostatnią drogę? Łzy przysłaniają nam widok? Te głupie łzy? Z Bogiem! Niech Bóg prowadzi!?.

Był wśród nich i brat Marcin. Nieświadomy prawdziwego celu podróży. Ciężarówki tak naprawdę nie służyły do transportu żywych ludzi; były komorami gazowymi na kołach. W kartotekach pomordowanych oprawcy zapisywali: fűnf, sechs, sieben minuten?Tyle trwała podróż pasażerów. Potem następowała śmierć.

Niewiele zachowało się świadectw o życiu bł. Marcina ? tym w obozie i tamtym w klasztorze. O jego zajęciach w obozie wiadomo tylko tyle, że pracował na plantacji. W zakonie natomiast pełnił różne funkcje. Był furtianem, kwestarzem, szafarzem, zakrystianem. Niczym specjalnym się nie wyróżniał. Pracowity i bardzo surowy dla siebie. Zasadniczy. Gorliwy i pobożny. Zdyscyplinowany. Dobry zakonnik. Ale czy siedem przymiotników wystarczy, by opisać w pełni życie jednego z trzech naśladowców Chrystusa? Wystarczy. Wszak pośród powołanych niewielu jest ?mędrców według oceny ludzkiej?. O nich pisze prasa kolorowa. O ludziach zwyczajnych próżno szukać informacji w gazetach.

Błogosławinoy Marcin był człowiekiem prostym, ale całkowicie oddanym Bogu. Jemu ufał bezgranicznie. Był zwyczajnym zakonnikiem, sumiennie wypełniającym Regułę. Nic więcej. Nie było potrzeby, by czynił coś więcej nad to, żeby być człowiekiem na miarę Chrystusową. Nie potrzeba było ?więcej?, aby być błogosławionym. Był mężczyzną w sile wieku; miał 58 lat, gdy udał się w ostatnią drogę: po błogosławieństwo do nieba. Niebo znajdowało się niedaleko ? w Hartheim koło Linzu. W krematorium?

To tak wygląda święty? Jest taki zwyczajny? A i owszem. Świętość według ewangelii nie jest elitarna. Jest katolicka. Powszechna. Pierwsi chrześcijanie zwracali się do siebie per ?święty?, my tymczasem mówimy do siebie ?proszę pana?albo ?ty?. My ? katolicy! ? nie pamiętamy o świętości, a może po prostu w nią nie wierzymy?? Wciąż mylimy pojęcie świętego chrześcijanina z pogańskim herosem. A ci przecież tak naprawdę nigdy nie istnieli; zapełniali jedynie starożytne mity.

Święty Łukasz opisuje znamienną historię. Trzech ludzi zadeklarowało chęć pójścia za Jezusem. Jeden szukał mieszkania. Drugi pragnął najpierw pogrzebać ojca. Trzeci wreszcie chciał pożegnać się z rodziną.

Błogosławiony Marcin został przy matce i bracie nie z braku miłości, lecz z jej ?nadmiaru?. Kochać ? było jego powinnością i przykazaniem: ?Czcij ojca swego i matkę?. Jezus Chrystus nie zniósł przykazania, ale je wypełnił. Po wiekach Jego naśladowca postąpił podobnie. Spełnił wolę Ojca. Ten bowiem pełni wolę Ojca, kto przestrzega Jego przykazań (por. 1J 2, 3n).

Życie bł. Marcina, choć był on zakonnikiem, jest doskonałym obrazem losu zdecydowanej większości wierzących. Niewielu jest wśród nas uczonych i bogatych. Przynależymy do bezimiennego tłumu, który wędruje drogą przeznaczenia. To jednak nikogo nie zwalnia, by w tłumie tym okazać się uczciwą jednostką, człowiekiem sumiennie spełniającym ?regułę? chrześcijańskiego życia. Według niej, każdy został powołany do spełnienia odwiecznego celu ludzkiej egzystencji. Dla większości będzie to rola człowieka poczciwego: męża lub żony, ojca, matki, pracownika, kapłana, zakonnika? Poczciwość to drugie imię świętości. Naśladowca Chrystusa, chrześcijanin ? to człowiek zwyczajnie dobry, taki, któremu ufają ludzie, ?w którego duszy nie kryje się podstęp? (Ps 32, 2); poczciwy właśnie. Poczciwość to chrześcijańska droga do nieba.

Czasami można znaleźć w domu naszych babć lub mam stary modlitewnik Droga do nieba. Ale tak naprawdę nasze babcie i mamy dobrze wiedziały i wiedzą, że prawdziwa droga do nieba wiedzie przez życie. Nie przez kartki modlitewnika. Wiedzie przez ?módl się i pracuj?! Przez powtarzane po wielokroć Ojcze naszi Zdrowaśki. Przez uczynność i życzliwość. Wiedzie przez miłość, o której nie tylko się mówi i śpiewa, ale praktykuje w codziennym życiu. To droga zwyczajna w swej nadzwyczajności, jeśli wziąć pod uwagę cel, do którego prowadzi.

Wielkim niedomaganiem współczesnego chrześcijaństwa jest praktykowanie miłości od święta ? to kościoły wypełnione parafianami w niedziele, to długie szeregi przystępujących do sakramentów świętych. Piękne są nasze niedziele! Ale nie lubimy poniedziałków? Czar chrześcijańskiej miłości pryska w dzień powszedni. Jakimś antidotum na te przypadłość jest nasz brat mniejszy, bł. Marcin ? żył tak, jakby każdy dzień był świętem. To była jego droga do nieba. Może też stać się naszą.

autor: o. Ignacy Kosmana

 
foto089.jpg
Aktualnie On-line
Naszą witrynę przegląda teraz 868 gości